DOMY SERCA – NASZE ŚWIADECTWO
Z Domami Serca dane nam było się spotkać dzięki córce Zosi.
W roku 2012, ten „niespokojny duch” w naszej pięcioosobowej rodzinie, zakomunikował , że jedzie na formację duchową do Zielonej Huty i pragnie wyjechać na misje.
Jak zapewne większość rodziców, zostaliśmy tą informacją zelektryzowani. Prośby, aby decyzję przemyśleć, były jak „grochem o ścianę”. Czuć było mocne postanowienie i coś jeszcze, co dzisiaj możemy nazwać – Palce Bożym.
Końcem sierpnia ”wpadliśmy” do Zielonej Huty, gdzie spotkaliśmy wspaniałych gospodarzy i kilkunastu młodych ludzi przygotowujących się do swoich misji. Ta krótka wizyta (wspólny obiad i modlitwa różańcowa w językach posłania) zapadła nam głęboko w serce i uciszyła niepokoje.
Przed wyjazdem Zosi odbyło się w naszym domu spotkanie rodziców przyszłych wolontariuszy z O. Thierry i O. Clement’em. Byli, podobnie jak my wcześniej, pełni obaw, a nam przypadło, trochę paradoksalnie, wspierać ich w tych chwilach.

I znowu „uderzył” nas charyzmat Domów Serca i wspaniała postać Twórcy Wspólnoty.
Zdaliśmy sobie sprawę, że to nie może być dzieło tylko rąk ludzkich i trzeba zaufać Bogu.

To już prawie cztery lata jak Zosia wyjechała na blisko 16 miesięcy, ale dobrze pamiętamy ten czas.
Wtedy nie pozostało nam nic innego, jak tylko powierzyć ją opiece Matki Bożej w codziennej modlitwie .
Czytając jej listy wchodziliśmy coraz głębiej w istotę tego dzieła, choć ciągle stawialiśmy pytanie – ale co Wy tam konkretnie robicie ?
Aby zrozumieć pełniej na czym polega charyzmat Domów Serca przyszło nam, pragmatykom, trochę poczekać.
Pod koniec Misji było nam dane pojechać do Chile i poznać Dom Serca w Valparaiso.
I dopiero ten wyjazd otworzył nasze oczy i pozwolił poczuć jego sens i ducha.

Ci młodzi ludzie, mieszkając w ubogich dzielnicach, wśród chorych, starszych, dzieci pozostawionych na ulicy, niosą wsparcie przez swoja obecność.
Swoim uśmiechem , dobrym słowem zapełniają pustkę osamotnienia. Oni po prostu są z drugim człowiekiem, bezinteresownie, nie oczekując nic w zamian.
A to wszystko jest możliwe tylko dzięki ich wielkiej, żarliwej modlitwie i zaufaniu do Boga – sami nie byliby w stanie tego udźwignąć.

To oni właśnie pokazali nam piękno spotkania z każdym człowiekiem, którego Bóg postawił na naszej drodze, a szczególnie z tym zranionym, odrzuconym.
To oni pokazali, że więcej zyskują dając niż biorąc.
Wbrew powszechnie panującemu duchowi hedonizmu.

A teraz, w rozmowach z kilkoma, byłymi już , wolontariuszami słyszymy podobne słowa –
TO BYŁ NAJPIĘKNIEJSZY CZAS W ICH ŻYCIU

Kraków, maj 2016 I. i Z. S.